Dziś postanowiłam poświęcić kilka chwil na rozmowę o pewności siebie i samoocenie. Będzie nieco dłużej i osobiście. Ale takie elementy też są potrzebne. Są tematy, o których nie da się i nie można „krótko”.

Samoocena i pewność siebie, są od lat na tapecie psychologów i couchów. Na mojej osobistej również. Wiele lat, a w zasadzie chyba całe dorosłe życie pracowałam na to, aby dziś móc powiedzieć „jestem dobra, jestem specjalistką, czuję się dobrze sama ze sobą”. I owszem mam dalej kompleksy, bo to czy tamto, ale… Tak w końcu jest w tej materii ale! Ale już wie, że jestem jaka jestem, że są obszary nad którymi mogę pracować – mogę przykładowo schudnąć, ale nie zmienię grubości włosów.

I trzeba to zaakceptować. Teraz umiem to zrobić.

Czemu o tym mówię? Ponieważ słuchałam ostatnio wywiadu pewnej trenerki, wykładowczyni, couchki zajmującej się podnoszeniem skuteczności działania, zarządzaniu zespołem. Ogólnie rzecz ujmując specjalistki od psychologii biznesu.

Opowiadała, że nie można mówić o samoocenie w kategorii zawyżonej czy zaniżonej, bo jak to mierzyć? Gdzie jest właściwa skala? Wskazała jednak, że ważne jest “aby utrzymać stabilną i adekwatną samoocenę”. I to był mój osobisty game changer.

Już jakiś czas temu doszłam do wniosku, że chcąc zbudować wartość siebie, odwgę i świadomość swoich atutów oraz umiejętność mówienia o tym głośno, nie wystarczy pójść do psychologa. Ja koniec końców byłam kiedyś do tego namawiana, właśnie ze względu na brak wiary w swoje możliwości. Nie zrobiłam tego, z wielu powodów.

Ale zdarzyło się coś, co wywróciło moje myślenie o sobie do góry nogami. Szkolenie branżowe, a właściwie wykładowczyni. Która potrząsnęła mną i obudziła z wieloletniego letargu i braku wiary w siebie. Pokazała mi słowo. Język korzyści. Jak ważne jest to, co i jak mówimy, do kogoś ale i do siebie samego. Zaczęło się od banalnego zagadnienia “rozmowa z trudnym klientem” i asertywnego rozwiązywania problemów w sytuacjach zawodowych.

Nie odkryje koła na nowo mówiąc, że w naszej szerokości geograficznej i kraju w którym żyjemy, ukształtowanym przez wojny, przemoc i konieczność dostosowania się do władzy i wiary, nam kobietom ciężko powiedzieć: „jestem świetna w..”, „jestem niedoskonała i mam do tego prawo”, „moje supermoce to..”.

Ja sama osobiście, a założę się, że i niejedna z Was, słyszała w domu “pokorne ciele dwie matki ssie” albo “nie wychodź przed szereg” itp.

Ale jak później w dorosłym życiu, albo jeszcze wcześniej, wchodząc w dorosłość, podejmować słuszne decyzje? Dokonywać wyborów zgodnie z sobą? Bo przecież “co powie rodzina” albo jeszcze lepiej “co powiedzą sąsiedzi”. Gdzie miejsce na działanie w zgodzie ze sobą? Gdzie nasze talenty? Gdzie charyzma? Gdzie asertywność?

A potem jako dorosła kobieta, budzisz się sfrustrowana, przeciążona, z Twoim zdaniem niespecjalnie się liczą, w pracy jesteś, po prostu, być może nawet stłamszona przez kogoś. A gdzie Twój sukces? Radość z życia? Gdzie Twoja sprawczość?

Brzmi znajomo?

Kluczem do życia w zgodzie ze sobą, fajnej pracy, z której czerpiesz satysfakcję i radości z każdego dnia i drobnych rzeczy jest mindset. I znów nie odkryje koła na nowo. Ale ile razy powiedziałaś sobie, że jesteś piękna? A utalentowana? Że Twoje danie jest godne gwiazdki Michelin? Ile razy w tym dniu albo tygodniu pomyślałaś o swoich potrzebach? Popatrz na swoją codzienność, komu pierwszemu nakładasz obiad? Na której pozycji jesteś Ty?

Dziś możesz to zmienić. Właśnie od tych drobnych rzeczy. Od nałożenia sobie PIERWSZEJ obiadu. Od powiedzenia sobie DOBRZE WYGLĄDASZ, od tego, że ze śmiałością powiesz na rodzinnym obiedzie DOCENILI MOJĄ PRACĘ.

I wracając do słów “samoocena musi być adekwatna i stabilna”.

Adekwatna, czyli Ty sama musisz ocenić jakie masz talenty i słabsze sfery. Jesteś świetnym zapleczem biznesowym, ale żaden z Ciebie mówca? I fantastycznie! Bądź najlepszym wsparciem dla Twojego szefa czy zespołu, ale nie zmuszaj się do bycia najlepszym mówcą, bo to zwyczajnie nie jest Twoje. I to jest ok. Masz swoje obszary fantastyczności. Rozwijaj je, mów o nich z dumą i prezentuj je przy każdej możliwej okazji. A nad słabszymi pracuj, ale nie staraj się być w nich gwiazdą. Po prostu zaakceptuj ten fakt.

Moim słowem kluczem w tym temacie jest “samoocena stabilna”. Nie da się jej utrzymać zawsze w tym samym miejscu. Jesteśmy tylko ludźmi. Mamy gorsze dni, problemy. I ta stabilność okazuje się największym wyzwaniem. To jak z odchudzaniem, trzeba uważać żeby nie było efektu jojo.

Moja saamoocena przeszła przez lata po sinusoidzie, zaliczając małe górki i ogromne dołki. A wyjście z dołka okazywało się czasochłonne i trudne i często do bezpiecznego “0” nie docierało.

Teraz wiem, że samoocena jest jak przyjaźń. Trzeba o nią cały czas dbać i pielęgnować, wtedy mamy szansę aby po pierwsze te wychylenia były mniejsze, po drugie na innym poziomie. Znacząco powyżej “0”, więc nawet jeśli poziom lekko spadnie, to będzie to na bezpiecznej linii, wychył będzie mniejszy, a czas jego trwania znacząco krótszy.

Zatem Kochane, to dobry czas żebyście spojrzały na siebie życzliwszym okiem. Miejcie na uwadze swoją samoocenę i dbajcie o nią i nie ulegajcie chwili i drobnym słabościom.

Trzymam za Was mocno kciuki.